4712
edycji
m (Dodano kategorię "Źródła" za pomocą HotCat) |
(Striketrough.) |
||
| Linia 15: | Linia 15: | ||
No to tego… Kiedy blondynka mówi do rzeczy? Jak otwiera szafę! Hahahaha, śmieszne, c’nie? Dobra, pośmialiśmy się, a teraz pora wracać do ważniejszych rzeczy, bo pewne powiedzenie mawia: „Są rzeczy ważne i ważniejsze”, także tego… | No to tego… Kiedy blondynka mówi do rzeczy? Jak otwiera szafę! Hahahaha, śmieszne, c’nie? Dobra, pośmialiśmy się, a teraz pora wracać do ważniejszych rzeczy, bo pewne powiedzenie mawia: „Są rzeczy ważne i ważniejsze”, także tego… | ||
Był piękny, lutowy poranek. Budzik zadzwonił równo o 4:57, ale Mruczek miał inne stanowisko w tej sprawie i postanowił pobawić się w zaspanego kulomiota, w wyniku czego wziął budzik i wyrzucił go przez okno z niebotyczną siłą, przez co wpadł on do kubła ze śmieciami do recyklingu. Mający szacun na rozdzielni kot Mruczek nie przejął się tym jakoś szczególnie (chyba nawet o tym nie wiedząc) i przewrócił się na drugi bok, a jego pierd odbytniczy spowodował, że żyrandol wiszący w jego pokoju postanowił zainscenizować scenę z „Chrześcijanin tańczy”, ale był o tyle dzielny, że nie spadł. Po 4 godzinach, 14 minutach i 39 sekundach postanowił, że zerwie się ze swojego łóżka, które zajebał Hughowi Hefnerowi, gdy ten nie patrzył, i postanowił wziąć się za jakąś robotę. Poszedł do ogrodu botanicznego obok swojego domu oddalonego o ok. 1 km, wsypał kocimiętki do oczka wodnego – i tak powstało tsunami. Ten Gangsta Kot po tym incydencie postanowił w bardzo szybkim lub jeszcze szybszym tempie udać się w stronę drzwi prowadzących do jego wspaniałego przybytku. I nagle rozbolała go głowa, więc pomyślał, że przeleci się na skuterze śnieżnym do apteki po Stoperan, bo jego alter-ego siedzące w jego czaszce podpowiada mu, że miewa posrane pomysły na życie. Niestety, apteka była zamknięta, więc pomyślał, że skoczy do sklepu elektrycznego i tam pójdzie na zakupy. Za ladą stała jakaś wąsata baba. Mruczek, zobaczywszy ją, stwierdził, że do tej podbije – tak, jak podbija losowym typom w skórzanych marynarkach oko, którzy nie chcą mu dać 100 PSC na żarcie z McDrive’a, do którego chodzi pieszo albo na rowerze. Mruczek podchodzi do obiektu swoich westchnień i szarmanckim głosem palacza, palącego 4 paczki radzieckich szlugów dziennie przez 8 godzin, mówi: „Chcę nabyć Stoperan”. Na co przemiła pani z grymasem twarzy kota srającego na pustyni Gobi odrzekła: „No chyba cię posrało”. Mruczek po tej błyskotliwej odpowiedzi poczuł, jak nagle w jego spodniach zrobiło się dość ciężko. I zrobiło się tak ciężko, że spadł do piwnicy, w której były trzymane martwe koty, które udawały żywe. Jego Ekscelencja, Sensei Mruczek, wówczas uznał, że zostanie własnym przewodnikiem i odbędzie wycieczkę po piwnicy. Znalazł w niej blok diamentów z Minecrafta i lochy, gdzie pasły się lochy. Postanowił zawołać im „kici kici”, po czym ktoś mu z impetem załadował rozgrzaną do czerwoności pochodnię tam, gdzie mało kto zagląda, na co Najlepszy W Swoich Fachu Przewodnik zareagował okrzykiem godowym „Auauauauaua!” dokładnie tak, jak robił to Mario po wpadnięciu na jakiegoś grzyba czy inną skorupę, a jego dupa strzelała gównem niczym armata. Miał sporo szczęścia, bo gdyby prof. nadzw. Mruczek dał taki pokaz na powierzchni, jego dziura między pośladkami mogłaby zostać zakazana konwencją genewską, a jego samego rzuciliby do miski z piraniami, gdzie miałby zrobiony peeling ciała bez kosmetyków z tanich gazetek dla młodocianych kobiet. Gangster Mruczek postanowił kontynuować swoją wyprawę. Szedł dzielnie przez siebie. Skręcił w lewo, potem skręcił prosto, potem znowu w prawo, za 3 dni skręcił znowu w lewo, a za tydzień poszedł schodami w dół i dotarł do drzwi, które prowadziły do windy, ale były tam schody, bo żaden kretyn nie wpadł na pomysł, żeby wybudować tam windę, bo bardziej opłacało się wydawać kasę na jakieś gówniane wydarzenia niż na jakieś elementy infrastruktury. Mruczka to bardzo rozczarowało i postanowił własnymi siłami odrywać cegły sklejone taśmą klejącą i klejem w sztyfcie. Wrażenia były dość przednie, tylko trochę się poobijał. Poznał tam parę szczurzych ziomków, z którymi rozegrał mecz w warcaby na zasadach szachów i wygrał 8384,51 koron czeskich i kopa w dupę między nogami. Przedzierał się górę jak kret (nie, nie ten prezenter pogody) i zaczął stukać w taboret kratkę. W tym momencie zaczął żałować, że nie miał przy sobie dzwonka, żeby mu ktoś otworzył. Miał tylko w telefonie przebój „Przez twe oczy zielone”, ale wolał nie ryzykować. Wziął zatem sprawy w swoje ręce i przegryzł kraty. Po tym żmudnym procesie przyznał, że nie będzie już jadł obiadu. Wyszedł na powierzchnię. Miał omamy, że wszyscy mu biją brawo, jednak w koło nikogo nie było, tylko jakiś żebrak chodził z metalową szklanką i żebrał na jakieś tanie wino dla ekskluzywnych meneli. Mruczek kompletnie go zignorował i dzielnie ruszył przed siebie, a gdy zrobił 2 kroki do przodu, stwierdził, że jednak zawróci. Szedł betonowym odcinkiem, jednocześnie rozkoszując się pięknem przyrody, a jego uszy rejestrowały wyłącznie ciszę. „Cisza przed burzą” – pomyślał. I nagle z jego dupy wyłonił się taki głośny pierd, że aż przestraszył się jakiś bezpański pies przypominający wilka, bo myślał, że właśnie zaczęła się burza. Burza jednak trwała w szklance wody, bo jakichś 2 skąpo odzianych typów kłóciło się w bloku o to, do kogo należy jajko zniesione na granicy polsko-czeskiej. Brakował zaledwie 1 cm od tego, by jegomość Mruczek dostał telewizorem w swoją facjatę. Niestety, raczej nie mógłby na nim oglądać różnych mniej i bardziej interesujących programów. Potem uznał, że uda się cichaczem w pośpiechu do swojego królestwa, gdzie ma lokaja na utrzymaniu, który czyści mu podłogę zmiotką do kurzu. | Był piękny, lutowy poranek. Budzik zadzwonił równo o 4:57, ale Mruczek miał inne stanowisko w tej sprawie i postanowił pobawić się w zaspanego kulomiota, w wyniku czego wziął budzik i wyrzucił go przez okno z niebotyczną siłą, przez co wpadł on do kubła ze śmieciami do recyklingu. Mający szacun na rozdzielni kot Mruczek nie przejął się tym jakoś szczególnie (chyba nawet o tym nie wiedząc) i przewrócił się na drugi bok, a jego pierd odbytniczy spowodował, że żyrandol wiszący w jego pokoju postanowił zainscenizować scenę z „Chrześcijanin tańczy”, ale był o tyle dzielny, że nie spadł. Po 4 godzinach, 14 minutach i 39 sekundach postanowił, że zerwie się ze swojego łóżka, które zajebał Hughowi Hefnerowi, gdy ten nie patrzył, i postanowił wziąć się za jakąś robotę. Poszedł do ogrodu botanicznego obok swojego domu oddalonego o ok. 1 km, wsypał kocimiętki do oczka wodnego – i tak powstało tsunami. Ten Gangsta Kot po tym incydencie postanowił w bardzo szybkim lub jeszcze szybszym tempie udać się w stronę drzwi prowadzących do jego wspaniałego przybytku. I nagle rozbolała go głowa, więc pomyślał, że przeleci się na skuterze śnieżnym do apteki po Stoperan, bo jego alter-ego siedzące w jego czaszce podpowiada mu, że miewa posrane pomysły na życie. Niestety, apteka była zamknięta, więc pomyślał, że skoczy do sklepu elektrycznego i tam pójdzie na zakupy. Za ladą stała jakaś wąsata baba. Mruczek, zobaczywszy ją, stwierdził, że do tej podbije – tak, jak podbija losowym typom w skórzanych marynarkach oko, którzy nie chcą mu dać 100 PSC na żarcie z McDrive’a, do którego chodzi pieszo albo na rowerze. Mruczek podchodzi do obiektu swoich westchnień i szarmanckim głosem palacza, palącego 4 paczki radzieckich szlugów dziennie przez 8 godzin, mówi: „Chcę nabyć Stoperan”. Na co przemiła pani z grymasem twarzy kota srającego na pustyni Gobi odrzekła: „No chyba cię posrało”. Mruczek po tej błyskotliwej odpowiedzi poczuł, jak nagle w jego spodniach zrobiło się dość ciężko. I zrobiło się tak ciężko, że spadł do piwnicy, w której były trzymane martwe koty, które udawały żywe. Jego Ekscelencja, Sensei Mruczek, wówczas uznał, że zostanie własnym przewodnikiem i odbędzie wycieczkę po piwnicy. Znalazł w niej blok diamentów z Minecrafta i lochy, gdzie pasły się lochy. Postanowił zawołać im „kici kici”, po czym ktoś mu z impetem załadował rozgrzaną do czerwoności pochodnię tam, gdzie mało kto zagląda, na co Najlepszy W Swoich Fachu Przewodnik zareagował okrzykiem godowym „Auauauauaua!” dokładnie tak, jak robił to Mario po wpadnięciu na jakiegoś grzyba czy inną skorupę, a jego dupa strzelała gównem niczym armata. Miał sporo szczęścia, bo gdyby prof. nadzw. Mruczek dał taki pokaz na powierzchni, jego dziura między pośladkami mogłaby zostać zakazana konwencją genewską, a jego samego rzuciliby do miski z piraniami, gdzie miałby zrobiony peeling ciała bez kosmetyków z tanich gazetek dla młodocianych kobiet. Gangster Mruczek postanowił kontynuować swoją wyprawę. Szedł dzielnie przez siebie. Skręcił w lewo, potem skręcił prosto, potem znowu w prawo, za 3 dni skręcił znowu w lewo, a za tydzień poszedł schodami w dół i dotarł do drzwi, które prowadziły do windy, ale były tam schody, bo żaden kretyn nie wpadł na pomysł, żeby wybudować tam windę, bo bardziej opłacało się wydawać kasę na jakieś gówniane wydarzenia niż na jakieś elementy infrastruktury. Mruczka to bardzo rozczarowało i postanowił własnymi siłami odrywać cegły sklejone taśmą klejącą i klejem w sztyfcie. Wrażenia były dość przednie, tylko trochę się poobijał. Poznał tam parę szczurzych ziomków, z którymi rozegrał mecz w warcaby na zasadach szachów i wygrał 8384,51 koron czeskich i kopa w dupę między nogami. Przedzierał się górę jak kret (nie, nie ten prezenter pogody) i zaczął stukać w <s>taboret</s> kratkę. W tym momencie zaczął żałować, że nie miał przy sobie dzwonka, żeby mu ktoś otworzył. Miał tylko w telefonie przebój „Przez twe oczy zielone”, ale wolał nie ryzykować. Wziął zatem sprawy w swoje ręce i przegryzł kraty. Po tym żmudnym procesie przyznał, że nie będzie już jadł obiadu. Wyszedł na powierzchnię. Miał omamy, że wszyscy mu biją brawo, jednak w koło nikogo nie było, tylko jakiś żebrak chodził z metalową szklanką i żebrał na jakieś tanie wino dla ekskluzywnych meneli. Mruczek kompletnie go zignorował i dzielnie ruszył przed siebie, a gdy zrobił 2 kroki do przodu, stwierdził, że jednak zawróci. Szedł betonowym odcinkiem, jednocześnie rozkoszując się pięknem przyrody, a jego uszy rejestrowały wyłącznie ciszę. „Cisza przed burzą” – pomyślał. I nagle z jego dupy wyłonił się taki głośny pierd, że aż przestraszył się jakiś bezpański pies przypominający wilka, bo myślał, że właśnie zaczęła się burza. Burza jednak trwała w szklance wody, bo jakichś 2 skąpo odzianych typów kłóciło się w bloku o to, do kogo należy jajko zniesione na granicy polsko-czeskiej. Brakował zaledwie 1 cm od tego, by jegomość Mruczek dostał telewizorem w swoją facjatę. Niestety, raczej nie mógłby na nim oglądać różnych mniej i bardziej interesujących programów. Potem uznał, że uda się cichaczem w pośpiechu do swojego królestwa, gdzie ma lokaja na utrzymaniu, który czyści mu podłogę zmiotką do kurzu. | ||
=== Za jakie pieniądze? === | === Za jakie pieniądze? === | ||